Strona Główna            Forum           Kontakt             Ogłoszenia          Edukacja          Zagrożenia         Prawo

Internet

Literatura

Zabawki

Wyliczanki

Edukacja

Sztuka

Media

Teatr

Muzea

Fotografia

Zwyczaje

Języki Obce

Prawo

Warszawa

Zagrożenia

Ogłoszenia

Współpraca

O stronie

Napisz do nas

 
Kultura, Zwyczaje i Tradycje >>

Dziecko i Literatura >>

 

Co widzą Dzieci? 

Opowiadanie pochodzi z książki "Spotkanie z Aniołem" Prawdziwe Historie, Joan Wester Anderson

Twoje dzieci nie są twoje. Przychodzą dzięki tobie, ale nie od ciebie. I choć są z tobą, nie do ciebie należą. (KAHUL GIBRAN, THE PROPHET)

Niemowlęta i małe dzieci oraz najczystsze dusze na świecie ­niepełnosprawni umysłowo - mają zdolność przekraczania granic między niebem a ziemią w sposób, w jaki nie potrafią tego dorośli. Bo na przykład któż z nas nie widział dziecka wpatrującego się w coś, czego my nie widzimy, i zaraz potem chichoczącego, jakby coś rozpoznawało. A wyimaginowani przy­jaciele, istoty będące towarzyszami dzieci w wieku przedszkolnym. Czy zawsze są zmyślone? Niedawno dziecko z zespołem Downa opowiadało uszczęśliwione o. "żółtym człowieku", który przychodził w nocy do jego pokoju, aby się z nim pobawić. Rodzina była zakłopotana. Mając nadzieję, że coś się wyjaśni, pokazywano dziecku obrazki z gazet. W końcu na widok rysunku anioła malec wykrzyknął "żółty człowiek!". Wtedy rodzina zrozumiała. Ponieważ chłopiec nie znał słów takich jak "jaśniejący" czy "złocisty", opisał postać, używając znanych sobie wyrazów.

Innym razem dwoje małych dzieci jechało z rodzicami samo­chodem tuż za autem dziadków. Wszyscy widzieli, jak samo­chód dziadków nagle zjechał z drogi i wpadł do jaru. Wyglądało na to, że dziadkowie zginęli w wypadku. Jednak oni wyszli z tego tylko z niewielkimi obrażeniami. Kilka dni później, kiedy dorośli opowiadali o wypadku w obecności dzieci, te stwierdziły, że rodzice zapomnieli czegoś dodać. Jedno z dzieci powie­działo: "Zapomnieliście powiedzieć, że wielkie ptaki przeleciały nad samochodem dziadków". A drugi malec uzupełnił: "Te ptaki poleciały za autem do jaru". Jednak nikt z dorosłych nie widział w czasie wypadku niczego takiego.

Małe dzieci wykazują niezwykłą świadomość rzeczy, których dorośli nigdy ich nie uczyli. Czasem ta wiedza jest bolesna. Doświadczyła tego Kathleen Treanor. Pewnego popołudnia w drodze na mecz piłki nożnej jej czteroletnia córka Ashley nagle zapytała:

- Mamo, byłabyś smutna, gdybym umarła?

- O tak, kochanie - odpowiedziała zaskoczona Kathleen. ­

To by mi złamało serce, tęskniłabym za tobą.

- Ale mamusiu, przecież byłabym w niebie z Jezusem. Była­bym aniołkiem.

- Wiem, ale ja nie mogłabym cię przytulić, a poza tym ty już jesteś moim małym aniołkiem.

Kathleen trochę zaniepokoiła ta rozmowa, nigdy wcześniej Ashley z nią tak nie rozmawiała. Dwa dni później dziewczynka i jej dziadkowie zginęli w zamachu bombowym w Oklahoma City. Dziadkowie mieli tam spotkanie w agencji ubezpieczenio­wej i zabrali z sobą wnuczkę.

Przez długi czas Kathleen nie mogła sobie poradzić z maka­brycznymi wspomnieniami i żalem. Dopiero później dostrzegła sens rozmowy z córką. Właściwie zamieniły się wtedy rolami. Ashley, czerpiąc z jakiegoś źródła świadomości duchowej, dawała Kathleen już wtedy pocieszenie. "Moja córka poszła już do nieba, ale mój czas, choćbym chciała, jeszcze nie nadszedł. Wiem, że ona tam jest i że znów ją zobaczę. Tak mi obiecała ...

Nie każde otarcie się o niebo kończy się tragedią. Większość, choć niesamowita, zawiera ostrzeżenie. Na przykład Lynette Coldebella z Palatine w stanie Illinois jest żoną, matka i właścicielką własnej firmy. Kiedy jej dziadek Grundy Hupp w wieku osiemdziesięciu pięciu lat zachorował na Alzheimera, Lynette znalazła jeszcze czas, by pomóc matce opiekować się nim. Grundy był mrukliwym, niezależnym człowiekiem, przedkładającym wiejskie życie w chatce w Lincoln w Illinois nad życie w Chicago. Ale on i Lynette zawsze byli sobie bliscy. "Kiedy byłam dzieckiem, spę­dzałam z nim niemal każdy weekend; lubiłam słuchać opowiadań o przeszłości". Grundy lubił, gdy odwiedzały go córki Lynette: Larissa, Tina i Angelina.

Lynette trudno było znieść to, jak dziadek niknie w oczach. Porzucił swoją chatkę i przeniósł się do domu matki Lynette. Nadszedł jednak czas, kiedy trzeba było oddać Grundy'ego pod fachową opiekę. "Co prawda udało nam się znaleźć wygodne miejsce, niedaleko od domu, ale wkrótce potem Grundy przestał mówić". Zapadł w śpiączkę i trudno było się zorientować, czy wyczuwa obecność bliskich. W ciągu ostatnich dni życia Grun­dy'ego Lynette i jej matka zamieniały się, dyżurując przy jego łóżku, tak by stale ktoś przy nim był.

Krewni przyjeżdżali i wyjeżdżali. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że widzą go po raz ostatni.

Pewnego październikowego wieczoru Lynette przyjechała do domu opieki dopiero około dwudziestej trzeciej. Dziadek leżał jak zwykle z zamkniętymi oczami, więc usiadła na krześle koło łóżka i zaczęła czytać książkę, aby czymś się zająć. Około półno­cy weszła pielęgniarka, by sprawdzić, czy wszystko jest w po­rządku. Nagle Grundy otworzył oczy i spojrzał na Lynette. "Teraz muszę już iść - powiedział w pośpiechu. Muszę być czyimś Anio­łem Stróżem". Lynette była zdumiona, dziadek zdawał się cał­kiem przytomny, zupełnie jak przed chorobą. Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, ścisnął jej rękę i odszedł.

Pielęgniarka, która była świadkiem tej sceny, powiedziała: "Czasem pod sam koniec wydają się spoglądać w niebiosa, ale nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś powiedział coś takiego".

Był to dziwny komentarz. Ludzie nie zmieniają się w aniołów w chwili śmierci, choć Pismo Święte uczy nas, że będziemy jak aniołowie, co bez wątpienia odnosi się do naszego nowego ży­cia. Dusze idące do nieba nazywamy świętymi lub wybrańcami. Lynette jednak nie wiedziała o aniołach absolutnie nic - ani się nad nimi nie zastanawiała, ani z nikim o nich nie rozmawiała. Jej dziadek, choć był dobrym człowiekiem, nie był jednak religijny i nie chodził do kościoła, więc także i on z pewnością niezbyt wiele wiedział o aniołach. Skąd więc to dziwne zdanie w jego ustach pod koniec życia? Lynette nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Należało załatwić wszystkie sprawy związane z po­grzebem, zawiadomić rodzinę, ustalić terminy i to wszystko te­raz, kiedy tak cierpiała. Póiniej przemyśli to, co powiedział.

Następnego ranka Mark, jej mąż, namówił ją, aby wzięła udział w zawodach drużyn kręglarskich. Termin pogrzebu został trochę przesunięty ze względu na rodzinę spoza miasta. I tak Lynette nie miała nic innego do roboty. Takie zawody mogły jej dobrze zrobić. Zgodziła się i zadzwoniła po swoją młodszą siostrę, prosząc ją, by w tym czasie zajęła się dziećmi. "Kilka osób z rodziny, a także moja starsza córka Larissa, siedziało w pokoju stołowym, dzwonił telefon, a ja suszyłam włosy". W zamieszaniu, jakie powstało w jej przepełnionym domu, Lynette zorientowała się, że nie wie, gdzie jest jej młodsza córka Angelina. Prawdopodobnie bawiła się w swojej sypialni, ale Lynette postanowiła to sprawdzić.

Nagle usłyszała krzyki z pokoju stołowego:

- Angelina! Och nie!

I potem:

- Mamo, mamo!

Larissa wbiegała po schodach, krzycząc:

- Angie wypadła przez okno swojej sypialni!

No, Boże!" - Lynette i Mark wybiegli z sypialni i zbiegli po schodach.

- Mamusiu, widziałam przez okno jakiś przedmiot w śliwko­

wym kolorze spadający z góry! - Larissa zanosiła się od płaczu.

Lynette przez chwilę pomyślała, że Angie miała na sobie niebiesko-czerwone ubranko i to mogło robić wrażenie fioletu. Lynette nie zdobyła się, by wyjść przed dom na kamienne patio znajdujące się pod oknami sypialni Angie; tak była przerażona tym, co może tam zobaczyć. Kiedy Mark wybiegł, ona chwyciła za telefon i zadzwoniła na pogotowie. Chociaż pomyliła numer, operator, który odebrał, sam zawiadomił ambulans. "Krzyczałam też, żeby jej nikt nie podnosił. Pobiegłam po koc i okryłam ją, aby uniknęła szoku" - mówi Lynette.

Angie leżała bez ruchu, ale kiedy ambulans wjeżdżał na pod­jazd, zaczęła kaszleć. Sanitariusze umieścili ją na noszach, a Lynette weszła za nimi do karetki. Mark miał jechać samochodem za nimi. On już wiedział, że szanse są niewielkie. Widział, jak jeden z sanitariuszy spogląda na resztki okna, z którego wypadła Angie. Znajdowało się jakieś pięć, sześć metrów nad ziemią, potem spojrzał na nieprzytomne dziecko i pokiwał głową.

W ambulansie Angie próbowała mówić, ale jej słowa były zniekształcone.

Do czasu przyjazdu karetki do Szpitala Northwest Community w pobliskiej miejscowości Arlington Heights zebrało się tam ośmiu lekarzy. Angie miała prawdopodobnie rozległe obrażenia we­wnętrzne, ponieważ spadła na kamienie i żwir przygotowany do przebudowy patio. Niewykluczone były też liczne uszkodzenia kręgosłupa i złamania kości w zależności od ułożenia ciała w czasie upadku. Lekarze zaczęli badania. "Powiedzieli nam wówczas, że nie wiedzą, jak długo będzie nieprzytomna, więc abyśmy oboje przy niej zostali, co było dość niezwykłe".

Lynette przyglądała się z niedowierzaniem temu, co działo się w pokoju zabiegowym. Najpierw dziadek, teraz Angie. To było dla niej zbyt dużo. Jak w ogóle do tego doszło? Kto mógł przewidzieć, że takie solidne okno nie wytrzyma ciężaru małego dziecka.

"Byłam przerażona, że Angie może umrzeć. Płakałam, próbując cały czas uważnie śledzić to, co robią lekarze. Będzie jeszcze czas, by popłakać". Obserwując to, co się dzieje, zauważyła, że Angie znowu mamrocze, usiłując coś powiedzieć: "Skrzydła" - mamrotała trzylatka. Kilka chwil później zauważyła jednego z lekarzy. "Gdzie masz skrzydła?" - zapytała.

Lekarze bagatelizowali pytanie, jakby często je słyszeli, ale jeden z nich odwrócił się do Lynette i Marka, spojrzał na nich i poprosił, aby opuścili pokój. Niektórzy lekarze uważają, że dzieci bardziej otwarcie mówią o tym, co się stało, jeśli nie ma w pobliżu rodziców. Po chwili lekarz wyszedł z sali i podszedł do nich.

- Jesteście państwo pewni, że spadła na kamienie? Powinny być tego ślady na skórze w różnych miejscach, drobinki wbitego żwiru, a niczego takiego nie ma.

- Nie ma śladów? - Lynette była zaskoczona.

- Nic, tylko zaczerwienienia na ramionach, które nie wiadomo skąd się wzięły.

- To znaczy, że z nią wszystko w porządku? - to nie miało sensu.

- Nie cieszmy się za wcześnie - lekarz był ostrożny, lecz Lynette wbiegła już na salę. To była prawda! Angie była ożywiona i wyglądała niezwykle zdrowo.

Angie, czy uderzyłaś głową o ziemię?

- Nie - odpowiedziała Angie. - Wypadłam przez okno i zobaczyłam dziadka Hupp, a on powiedział, że jeszcze nie czas. Miałpiękne skrzydła, mamusiu.

Jeszcze nie czas - o czym Angie mówiła? Lynette pytała dalej: - Ale czy upadłaś na patio?

- Nie - odpowiedziała. - Dziadek mnie złapał, widzisz?

Podniosła ręce, a Lynette im się przyjrzała. Nie było zadrapań, siniaków, ran ani żwiru wbitego w skórę, tylko kilka czerwonych plam powyżej łokcia takich, jakie zostawiłyby czyjeś ręce, gdyby złapały lecące dziecko. "Muszę być czyimś Aniołem Stró­żem" - powiedział dziadek przed śmiercią. Jego deklaracja oka­zała się prawdziwa.

Angie została jeszcze przez najbliższe trzy dni w szpitalu, po­nieważ lekarze chcieli zbadać każdy centymetr jej ciała i upew­nić się, że wszystko jest w porządku. (By mogła wrócić do domu na Halloween, wziąć udział w zabawie "trick or treat"- przebra­na za anioła i zaskoczyć sąsiadów, którzy byli świadkami wy­padku i potem modlili się za nią, kiedy ambulans zabierał ją do szpitala). Lekarze byli zgodni, co do jednego - Angie nie odnio­sła żadnych obrażeń. Nie wyjaśniono, jak to się stało i dla wszystkich pozostało to zagadką. Gdy Lynette przygotowywała Angie do wyjścia do domu, jeden z lekarzy, którzy przyjmowali dziew­czynkę do szpitala, przyszedł do pokoju, gdzie leżała, i poprosił Lynette o chwilę rozmowy. Nie była to jednak wskazówka doty­cząca postępowania medycznego.

- Proponuję, by po przyjściu do domu zaprowadzać Angie do jej pokoju i poobserwować, czy znów nie będzie chciała skakać przez okno.

dodane maj 2007

 

Wydawnictwo WAM poszukuje polskich świadectw anielskiej opieki. Jeżeli doświadczyliście w swoim życiu pomocy ze strony anioła, napiszcie nam o tym. Wybrane opowieści opublikowane zostaną w polskiej edycji książki "Spotkanie z aniołem". Zgłoszenia z dopiskiem "Spotkanie z aniołem" prosimy przesyłać do 30.09.2007 na adres Wydawnictwa WAM.

 

 

Anderson Joan Wester

Spotkanie z Aniołem

Prawdziwe historie

 

tłumacz: Julita Makowiecka

wydanie: pierwsze

oprawa: miękka

data wydania: kwiecień 2007

ISBN: 978-83-7318-908-9

format: 146x202 mm

stron: 204

Wydawnictwo WAM

 

O Książce

Książka jest zbiorem ponad trzydziestu niezwykłych historii ludzi, którzy zazwyczaj w dramatycznych sytuacjach odczuli obecność aniołów i doświadczyli ich pomocy. Czyta się świetnie, w większości są to poruszające, a nawet wzruszające historie, które pokazują, że człowiek nie jest pozostawiony samemu sobie, a jego Anioł Stróż czuwa nad nim "we dnie i w nocy", gotowy udzielić mu wsparcia.

 
  O Autorce

Anderson Joan Wester. Autorka książek o Aniołach. Rozpoczęła swoją działalność pisarską w 1973 r. serią artykułów wydawanych w gazetach lokalnych. W 1979 roku rozpoczęła działalność publiczną. Jest wykładowcą i nauczycielką, pełni funkcję profesora w Harper Junior College w Palatine, w stanie Illinois, gdzie prowadzi kurs pisarstwa. Wraz z mężem mieszka w Arlington Heights, Illinois. Są rodzicami czworga dorosłych dzieci. 

 

     

Copyright © 2003 - 2007 Wszelkie Prawa Zastrzeżone 

Wszelkie prawa autorskie do artykułów i tekstów zamieszczonych na tej witrynie należą do ich autorów. Kopiowanie, przetwarzanie w jakiejkolwiek formie w całości, lub fragmentach jest zabronione. Serwis działa od kwietnia 2003