|
Co widzą
Dzieci?
Opowiadanie
pochodzi z książki "Spotkanie z Aniołem"
Prawdziwe Historie, Joan Wester Anderson
Twoje
dzieci nie są twoje. Przychodzą dzięki tobie, ale nie od
ciebie. I choć są z tobą, nie do ciebie należą. (KAHUL GIBRAN, THE PROPHET)
Niemowlęta
i małe dzieci oraz najczystsze dusze na świecie niepełnosprawni
umysłowo - mają zdolność przekraczania granic między
niebem a ziemią w sposób, w jaki nie potrafią tego dorośli.
Bo na przykład któż z nas nie widział dziecka wpatrującego
się w coś, czego my nie widzimy, i zaraz potem chichoczącego,
jakby coś rozpoznawało. A wyimaginowani przyjaciele,
istoty będące towarzyszami dzieci w wieku przedszkolnym.
Czy zawsze są zmyślone? Niedawno dziecko z zespołem Downa
opowiadało uszczęśliwione o. "żółtym człowieku",
który przychodził w nocy do jego pokoju, aby się z nim
pobawić. Rodzina była zakłopotana. Mając nadzieję, że coś
się wyjaśni, pokazywano dziecku obrazki z gazet. W końcu na
widok rysunku anioła malec wykrzyknął "żółty człowiek!".
Wtedy rodzina zrozumiała. Ponieważ chłopiec nie znał słów
takich jak "jaśniejący" czy "złocisty",
opisał postać, używając znanych sobie wyrazów.
Innym
razem dwoje małych dzieci jechało z rodzicami samochodem
tuż za autem dziadków. Wszyscy widzieli, jak samochód
dziadków nagle zjechał z drogi i wpadł do jaru. Wyglądało
na to, że dziadkowie zginęli w wypadku. Jednak oni wyszli z
tego tylko z niewielkimi obrażeniami. Kilka dni później,
kiedy dorośli opowiadali o wypadku w obecności dzieci, te
stwierdziły, że rodzice zapomnieli czegoś dodać. Jedno z
dzieci powiedziało: "Zapomnieliście powiedzieć, że
wielkie ptaki przeleciały nad samochodem dziadków". A
drugi malec uzupełnił: "Te ptaki poleciały za autem do
jaru". Jednak nikt z dorosłych nie widział w czasie
wypadku niczego takiego.
Małe
dzieci wykazują niezwykłą świadomość rzeczy, których
dorośli nigdy ich nie uczyli. Czasem ta wiedza jest bolesna.
Doświadczyła tego Kathleen Treanor. Pewnego popołudnia w
drodze na mecz piłki nożnej jej czteroletnia córka Ashley
nagle zapytała:
-
Mamo, byłabyś smutna, gdybym umarła?
-
O tak, kochanie - odpowiedziała zaskoczona Kathleen.
To
by mi złamało serce, tęskniłabym za tobą.
-
Ale mamusiu, przecież byłabym w niebie z Jezusem. Byłabym
aniołkiem.
-
Wiem, ale ja nie mogłabym cię przytulić, a poza tym ty już
jesteś moim małym aniołkiem.
Kathleen
trochę zaniepokoiła ta rozmowa, nigdy wcześniej Ashley z nią
tak nie rozmawiała. Dwa dni później dziewczynka i jej
dziadkowie zginęli w zamachu bombowym w Oklahoma City.
Dziadkowie mieli tam spotkanie w agencji ubezpieczeniowej i
zabrali z sobą wnuczkę.
Przez
długi czas Kathleen nie mogła sobie poradzić z makabrycznymi
wspomnieniami i żalem. Dopiero później dostrzegła sens
rozmowy z córką. Właściwie zamieniły się wtedy rolami.
Ashley, czerpiąc z jakiegoś źródła świadomości
duchowej, dawała Kathleen już wtedy pocieszenie.
"Moja córka poszła już do nieba, ale mój czas, choćbym
chciała, jeszcze nie nadszedł. Wiem, że ona tam jest i że
znów ją zobaczę. Tak mi obiecała ...
Nie
każde otarcie się o niebo kończy się tragedią. Większość,
choć niesamowita, zawiera ostrzeżenie. Na przykład Lynette
Coldebella z Palatine w stanie Illinois jest żoną, matka i właścicielką
własnej firmy. Kiedy jej dziadek Grundy Hupp w wieku osiemdziesięciu
pięciu lat zachorował na Alzheimera, Lynette znalazła
jeszcze czas, by pomóc matce opiekować się nim. Grundy był
mrukliwym, niezależnym człowiekiem, przedkładającym
wiejskie życie w chatce w Lincoln w Illinois nad życie w
Chicago. Ale on i Lynette zawsze byli sobie bliscy.
"Kiedy byłam dzieckiem, spędzałam z nim niemal każdy
weekend; lubiłam słuchać opowiadań o przeszłości".
Grundy lubił, gdy odwiedzały go córki Lynette: Larissa,
Tina i Angelina.
Lynette
trudno było znieść to, jak dziadek niknie w oczach. Porzucił
swoją chatkę i przeniósł się do domu matki Lynette.
Nadszedł jednak czas, kiedy trzeba było oddać Grundy'ego
pod fachową opiekę. "Co prawda udało nam się znaleźć
wygodne miejsce, niedaleko od domu, ale wkrótce potem Grundy
przestał mówić". Zapadł w śpiączkę i trudno było
się zorientować, czy wyczuwa obecność bliskich. W ciągu
ostatnich dni życia Grundy'ego Lynette i jej matka zamieniały
się, dyżurując przy jego łóżku, tak by stale ktoś przy
nim był.
Krewni
przyjeżdżali i wyjeżdżali. Wszyscy zdawali sobie sprawę,
że widzą go po raz ostatni.
Pewnego
październikowego wieczoru Lynette przyjechała do domu opieki
dopiero około dwudziestej trzeciej. Dziadek leżał jak zwykle z zamkniętymi oczami, więc usiadła na krześle koło łóżka
i zaczęła czytać książkę, aby czymś się zająć. Około
północy weszła pielęgniarka, by sprawdzić, czy wszystko
jest w porządku. Nagle Grundy otworzył oczy i spojrzał na
Lynette. "Teraz muszę już iść - powiedział w pośpiechu.
Muszę być czyimś Aniołem Stróżem". Lynette była
zdumiona, dziadek zdawał się całkiem przytomny, zupełnie
jak przed chorobą. Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, ścisnął
jej rękę i odszedł.
Pielęgniarka,
która była świadkiem tej sceny, powiedziała: "Czasem
pod sam koniec wydają się spoglądać w niebiosa, ale nigdy
jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś powiedział coś
takiego".
Był
to dziwny komentarz. Ludzie nie zmieniają się w aniołów w chwili śmierci, choć
Pismo Święte uczy nas, że będziemy jak aniołowie, co bez
wątpienia odnosi się do naszego nowego życia. Dusze idące
do nieba nazywamy świętymi lub wybrańcami. Lynette
jednak nie wiedziała o aniołach absolutnie nic - ani się nad nimi nie
zastanawiała, ani z nikim o nich nie rozmawiała. Jej
dziadek, choć był dobrym człowiekiem, nie był jednak
religijny i nie chodził do kościoła, więc także i on z
pewnością niezbyt wiele wiedział o aniołach. Skąd więc
to dziwne zdanie w jego ustach
pod koniec życia?
Lynette nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Należało
załatwić wszystkie sprawy związane z pogrzebem, zawiadomić
rodzinę, ustalić terminy i to wszystko teraz, kiedy tak
cierpiała. Póiniej przemyśli to, co powiedział.
Następnego
ranka Mark, jej mąż, namówił ją, aby wzięła udział w zawodach drużyn kręglarskich.
Termin pogrzebu został trochę przesunięty ze względu na
rodzinę spoza miasta. I tak Lynette nie miała nic innego do
roboty. Takie zawody mogły jej dobrze zrobić. Zgodziła się
i zadzwoniła po swoją młodszą siostrę, prosząc ją, by w
tym czasie zajęła się dziećmi. "Kilka osób z
rodziny, a także
moja starsza córka Larissa, siedziało w pokoju stołowym, dzwonił
telefon, a ja suszyłam włosy". W zamieszaniu, jakie powstało
w jej przepełnionym domu, Lynette zorientowała się, że nie wie, gdzie jest jej młodsza córka Angelina. Prawdopodobnie bawiła
się w swojej sypialni, ale Lynette postanowiła to sprawdzić.
Nagle
usłyszała krzyki z pokoju stołowego:
-
Angelina! Och nie!
I
potem:
-
Mamo, mamo!
Larissa
wbiegała po schodach, krzycząc:
-
Angie wypadła przez okno swojej sypialni!
No,
Boże!" - Lynette i Mark wybiegli z sypialni i zbiegli po schodach.
-
Mamusiu, widziałam przez okno jakiś przedmiot w śliwko
wym
kolorze spadający z góry! - Larissa zanosiła się od płaczu.
Lynette
przez chwilę pomyślała, że Angie miała na sobie
niebiesko-czerwone ubranko i to mogło robić wrażenie
fioletu. Lynette nie zdobyła się, by wyjść przed dom na
kamienne patio znajdujące się pod oknami sypialni Angie; tak
była przerażona tym, co może tam zobaczyć. Kiedy Mark
wybiegł, ona chwyciła za telefon i zadzwoniła na pogotowie.
Chociaż pomyliła numer, operator, który odebrał, sam
zawiadomił ambulans. "Krzyczałam też, żeby jej nikt
nie podnosił. Pobiegłam po koc i okryłam ją, aby uniknęła
szoku" - mówi Lynette.
Angie
leżała bez ruchu, ale kiedy ambulans wjeżdżał na podjazd,
zaczęła kaszleć. Sanitariusze umieścili ją na noszach, a
Lynette weszła za nimi do karetki. Mark miał jechać
samochodem za nimi. On już wiedział, że szanse są
niewielkie. Widział, jak jeden z sanitariuszy spogląda na
resztki okna, z którego wypadła Angie. Znajdowało się
jakieś pięć, sześć metrów nad ziemią, potem spojrzał
na nieprzytomne dziecko i pokiwał głową.
W
ambulansie Angie próbowała mówić, ale jej słowa były
zniekształcone.
Do
czasu przyjazdu karetki do Szpitala Northwest Community w
pobliskiej miejscowości Arlington Heights zebrało się tam ośmiu
lekarzy. Angie miała prawdopodobnie rozległe obrażenia wewnętrzne,
ponieważ spadła na kamienie i żwir przygotowany do
przebudowy patio. Niewykluczone były też liczne uszkodzenia
kręgosłupa i złamania kości w zależności od ułożenia
ciała w czasie upadku. Lekarze zaczęli badania.
"Powiedzieli nam wówczas, że nie wiedzą, jak długo
będzie nieprzytomna, więc abyśmy oboje przy niej zostali,
co było dość niezwykłe".
Lynette
przyglądała się z niedowierzaniem temu, co działo się w
pokoju zabiegowym. Najpierw dziadek, teraz Angie. To było dla
niej zbyt dużo. Jak w ogóle do tego doszło? Kto mógł
przewidzieć, że takie solidne okno nie wytrzyma ciężaru małego
dziecka.
"Byłam
przerażona, że Angie może umrzeć. Płakałam, próbując
cały czas uważnie śledzić to, co robią lekarze. Będzie
jeszcze czas, by popłakać". Obserwując to, co się
dzieje, zauważyła, że Angie znowu mamrocze, usiłując coś
powiedzieć: "Skrzydła" -
mamrotała
trzylatka. Kilka chwil później zauważyła jednego z
lekarzy. "Gdzie masz skrzydła?" -
zapytała.
Lekarze
bagatelizowali pytanie, jakby często je słyszeli, ale jeden
z nich odwrócił się do Lynette i Marka, spojrzał na nich i
poprosił, aby opuścili pokój. Niektórzy lekarze uważają,
że dzieci bardziej otwarcie mówią o tym, co się stało, jeśli
nie ma w pobliżu rodziców. Po chwili lekarz wyszedł z
sali i podszedł do nich.
-
Jesteście państwo pewni, że spadła na kamienie? Powinny być
tego ślady na skórze w różnych miejscach, drobinki wbitego
żwiru, a niczego takiego nie ma.
-
Nie ma śladów? - Lynette była zaskoczona.
-
Nic, tylko zaczerwienienia na ramionach, które nie wiadomo skąd
się wzięły.
-
To znaczy, że z nią wszystko w porządku? - to nie miało
sensu.
-
Nie cieszmy się za wcześnie -
lekarz był ostrożny, lecz Lynette
wbiegła już na salę. To była prawda! Angie była ożywiona
i wyglądała niezwykle zdrowo.
Angie,
czy uderzyłaś głową o ziemię?
-
Nie - odpowiedziała Angie. -
Wypadłam przez okno i zobaczyłam dziadka Hupp, a on
powiedział, że jeszcze nie czas. Miałpiękne skrzydła,
mamusiu.
Jeszcze
nie czas - o czym Angie mówiła? Lynette pytała dalej: - Ale
czy upadłaś na patio?
-
Nie - odpowiedziała. - Dziadek mnie złapał, widzisz?
Podniosła
ręce, a Lynette im się przyjrzała. Nie było zadrapań,
siniaków, ran ani żwiru wbitego w skórę, tylko kilka
czerwonych plam powyżej łokcia takich, jakie zostawiłyby
czyjeś ręce, gdyby złapały lecące dziecko. "Muszę
być czyimś Aniołem Stróżem" - powiedział dziadek
przed śmiercią. Jego deklaracja okazała się prawdziwa.
Angie
została jeszcze przez najbliższe trzy dni w szpitalu, ponieważ
lekarze chcieli zbadać każdy centymetr jej ciała i upewnić
się, że wszystko jest w porządku. (By mogła wrócić do
domu na Halloween, wziąć udział w zabawie "trick or
treat"- przebrana za anioła i zaskoczyć sąsiadów,
którzy byli świadkami wypadku i potem modlili się za nią,
kiedy ambulans zabierał ją do szpitala). Lekarze byli
zgodni, co do jednego - Angie nie odniosła żadnych obrażeń.
Nie wyjaśniono, jak to się stało i dla wszystkich pozostało
to zagadką. Gdy Lynette przygotowywała Angie do wyjścia do
domu, jeden z lekarzy, którzy przyjmowali dziewczynkę do
szpitala, przyszedł do pokoju, gdzie leżała, i poprosił
Lynette o chwilę rozmowy. Nie była to jednak wskazówka dotycząca
postępowania medycznego.
-
Proponuję, by po przyjściu do domu zaprowadzać Angie do jej
pokoju i poobserwować, czy znów nie będzie chciała skakać
przez okno.
dodane
maj 2007
|