|
O książce
Motyw
tajemniczego przejścia znany
w literaturze dla dzieci i młodzieży od dawna.
Przypomnijmy sobie choćby Alicję w Krainie Czarów, Opowieści
z Narnii, czy choćby Niekończącą się Opowieść, w której
Bastian po przekroczeniu granicy Krainy Fantazji staje się
jej największym bohaterem.
Jeden
krok, krótka chwila – i znajdujemy się w niezwykłej
krainie o nazwie Edenaria, w której czekają na nas
przygody i zaskakujące zbiegi okoliczności, w której czas
nie odgrywa tak ważnej roli w świecie rzeczywistym. Tak
jest w opowieści Doroty Mularczyk.
Główni
bohaterowie Marcin i Piotrek to zwyczajni chłopcy, którzy
poznają tajemnice magicznego Almarynu.
Kilkunastoletni Marcin po odejściu ojca, przygnębiony i
znudzony nieco otaczającą go rzeczywistością z zachwytem
spostrzega się, że znajduje się w świecie, w którym
jest najważniejszym bohaterem. Teraz wszystko jest w jego rękach.
Czy uda mu się wspólnie z Piotrkiem
pokonać Uzara i jego sprzymierzeńców i uratować
Edenarię?
Autorka
wprowadza nas w niezwykły świat, w którym dobro walczy ze
złem, jednak ta walka jest pozbawiona agresji, przemocy i
krwi. Nie ma w niej brutalnych scen, jakich tak wiele we współczesnej
literaturze i grach komputerowych. Książka rozbudza wyobraźnie
młodego czytelnika i pokazuje, że każdy może być wyjątkowy,
każdy jest w stanie pokonać wszelkie trudności i własne
słabości, pod warunkiem, że uwierzy w siebie. Opowieść
Pani Doroty porywa, wciąga i fascynuje. Przejście
to książka przeznaczona dla kilkunastolatka, ale może się
zdarzyć że wzruszy także osoby trochę starsze ...
Fragmenty
Rozdział
pierwszy
Dziura
- Za komórką z narzędziami jest dziura w ziemi - wypalił
Marcin.
- No popatrz! - chłopiec udał ogromne zdziwienie. - W życiu
by mi do głowy nie przyszło, że w ziemi może być
dziura. A to, że na dodatek za komórką, to już jakaś
niesamowita historia - odpalił bez namysłu Piotrek.
Dobrze, opowiem ci wszystko po kolei, tylko usiądź, ale
jak skończę, to, proszę cię, nie wspominaj nic o udarze
słonecznym.
Piotrek wysłuchał całej historii z takim wyrazem twarzy,
jakby zobaczył przed sobą tańczącą w balecie ich
okropnie puszystą sąsiadkę.
- Dlaczego od razu nie przyszedłeś do mnie? Chłopie,
wskakuj w kapcie, bierzemy sprzęt i lecimy! - zapalił się
Piotr.
Chwilę się zastanawiali, co mogłoby im się przydać, i
dokonali podziału zadań. Najważniejsza była oczywiście
lina i latarka, ale powinni wziąć i łopatę, bo może
trzeba będzie, na przykład, coś odkopać. Rodziców
Piotra nie było w domu, więc chłopcy nie mieli problemu z
kłopotliwym tłumaczeniem się, po co im to wszystko. Gdy
już stanęli z plecakami obok otworu w ziemi, Piotr, niczym
rzeczoznawca, zaczął oglądać dziwo.
- Miałeś rację, to rzeczywiście tajemnicza sprawa. Ale
ty jeszcze coś bredziłeś o pająkach i owocach. Może coś
ci się w uszach potegowało?
- Fajnie, to może ty tam wejdziesz, a ja potrzymam cię na
sznurze. Którą częścią wchodzisz? - zniecierpliwił się
Marcin.
- Tak naprawdę to mam ciężkiego stracha - przyznał się
Piotr.
- Idź może ty, będziesz miał mniej kłopotu z przeciśnięciem
się przez cokolwiek. Przewiążesz się liną, a ja ją będę
mocno trzymał... Jakby co, to przecież jestem silniejszy,
łatwiej cię wyciągnę niż ty mnie.
-
Mam na ten temat odmienne zdanie, ale pamiętaj, że to ja
byłem odważniejszy. - Marcin wyprostował się z dumą i
obwiązał się liną zakończoną pętlą.
- Jeśli szarpnę trzy razy, ciągnij mocno i wołaj o pomoc
- poinstruował Piotrka.
Usiadł na brzegu dziury i powoli zaczął się w nią wsuwać.
Od razu poczuł pod stopami coś miękkiego. Zdawało mu się,
że to rozpulchniona ziemia, ale pod naporem stóp podłoże
zaczęło łagodnie ustępować. Gdy schował się już cały,
włączył latarkę i starał się coś dostrzec. Widział
przed sobą wciąż mniejszy od siebie otwór, który
zachowywał się tak, jak ściągacz przy rękawie swetra.
Po paru metrach "rękaw" stał się tunelem o
twardym podłożu i chłopiec mógł się wyprostować. Poświecił
dookoła latarką - tunel miał około dwóch metrów
szerokości i wysokości. Marcin chciał dotknąć
sklepienia. Podniósł rękę i o mało nie usiadł z wrażenia,
bo w tym momencie stało się tak jasno, jak w najlepiej oświetlonym
pomieszczeniu. - Oho, pewnie fotokomórka - pomyślał.
Tylko jedno było dziwne - nie widział żadnej lampy. Opuścił
rękę, światło zgasło. Gdy ponownie podniósł, znów było
jasno. Zadowolony z takiej automatyzacji, schował latarkę
i poszedł szukać drugiego końca tunelu.
Po kilkunastu krokach zauważył porozrzucane po "podłodze"
nieduże owoce. Starał się je omijać, ale też uważnie
przyglądał się ścianom. Nie była to ziemia, a to coś
nie brudziło ani ubrania, ani rąk. - Już widzę minę
Piotrka, kiedy to wszystko zobaczy. - Przeszedł jeszcze
kilkanaście metrów i zobaczył drugi "ściągacz".
Serce zabiło mu mocniej, teraz dopiero zaczął się bać.
- Ciekawe, co tam jest? Już miał zacząć się przeciskać
przez końcówkę tunelu, kiedy okazało się, że wyczerpał
się zapas liny. Musiał zawrócić. Trzeba było widzieć
zaskoczenie Piotra, kiedy Marcin wyszedł z tunelu taki
czysty, jaki do niego
wszedł.
-
Zbieraj się, Piotrek, idziemy razem. Zabrakło liny przed
samym wyjściem, więc wróciłem.
- Jak to wszystko wygląda?
- Chodź, sam zobaczysz, to nic strasznego. Nie wiem, z
czego ten tunel jest zbudowany, ale na pewno ziemi tam nie
ma.
W milczeniu założyli plecaki, a Piotr wziął latarkę w rękę.
Marcin uśmiechnął się pod nosem. Weszli. Po przeciśnięciu
się przez "ściągacz", stanęli wyprostowani.
- Uważaj, Piotrek, nauczyłem się czarować. - Marcin
podniósł rękę do góry.
- Jak ty to zrobiłeś?! - Piotrek wytrzeszczył oczy.
- Spróbuj sam. Podnieś rękę, a ja opuszczę - powiedział
Marcin.
- Fajnie, nie trzeba szukać przełącznika - już
pewniejszym głosem odezwał się Piotr.
- Patrz pod nogi - ostrzegł Marcin. - Jakieś owoce leżą
na podłodze. Pełno ich tutaj.
- Hej, pamiętasz, co mi mówiłeś o owocach? Może nie
chodziło o gruszki z twojego ogródka, tylko o te w tunelu.
Pozbierajmy trochę, nie będziemy ich jeść, ale mogą nam
się do czegoś przydać.
Ich plecaki trochę przybrały na wadze, ale przecież mieli
już blisko do wyjścia. Stanęli przed drugim "ściągaczem".
Marcin bez zastanawienia ruszył pierwszy, Piotr też się
nie ociągał. Wkrótce wokół chłopca pojaśniało, jakby
nad głową zaświeciło słońce, i Marcin poczuł ten sam
przyjemny zapach, co poprzednio. Strach minął. Wystawił głowę
przez otwór i to, co zobaczył, uspokoiło go całkowicie.
Wyszedł z tunelu, a za nim wygramolił się Piotrek.
Zwykła
trawa, normalne drzewa i krzaki, nawet kwiaty polne wyglądały
na zwyczajne, tylko było ich trochę więcej niż gdzie
indziej. I ten zapach, tak intensywny, że aż się w głowie
kręciło przy głębszych wdechach. Jednak było tu coś...
innego, niedostrzegalnego, coś, co się tylko wyczuwa.
- No i co dalej? Idziemy czy stoimy? - próbował głośno
myśleć Piotr. - Mam lekki zamęt w głowie.
- Jeśli się stąd ruszymy, to trzeba jakoś oznakować
przejście, żebyśmy mogli wrócić tą samą drogą. Spójrz,
otwór tak się zmniejszył, jakby był przeznaczony co
najwyżej dla zająca - powiedział Marcin.
Próbowali się rozejrzeć za jakimś dłuższym patykiem,
żeby wbić go w ziemię tak, aby był widoczny z daleka. Ku
ich zdziwieniu, nie znaleźli nawet najmniejszej gałązki,
pomimo że wokół polany, na którą wyszli, rosły przeróżne
drzewa.
- No to mamy problem, nawet nie możemy sobie zwiedzić tego
zakątka - stwierdził Piotr, rozczarowany.
- Która godzina? - spytał Marcin. - Nie wziąłem zegarka.
- Piętnasta czterdzieści siedem, ale zaraz, zegarek stanął
- zdziwił się Piotr. - Niedawno wymieniałem w nim baterię.
Wiesz co, myślę, że nie powinniśmy dziś oddalać się z
tego miejsca. Jutro tu wrócimy, weźmiemy dwa dobre
zegarki, kijek i jakąś czerwoną wstążkę do zaznaczenia
wejścia. Masz starszą siostrę, to powinna ci jakąś
szmatkę wytrzasnąć. A teraz możemy się trochę pobyczyć.
- Tak tu przyjemnie. - To mówiąc, zdjął plecak i rozciągnął
się jak długi na trawie, rozkoszując się błogością
chwili.
Marcin też zrzucił plecak i rozejrzał się za wygodnym
miejscem, żeby nie trafić głową na kamień. Znalazł tuż
obok coś, jakby kopiec kreta, ale obrośnięty brązowym
mchem. Z przyjemnością rozluźnił wszystkie dotąd napięte
mięśnie, kładąc się na plecach. Przymknął oczy, ręce
rozłożył szeroko i zaczął sobie mruczeć, tak jak
czasami przed zaśnięciem. Mięciutka trawa była bardzo
przyjemna w dotyku. Poleżał chwilę, ale zaraz uniósł głowę
i rozejrzał się.
- Nie sądzisz, że powinniśmy być ostrożniejsi?
- A co, boisz się, że zaatakuje nas armia rozwścieczonych
ździebełek trawy?
- He, he. Bardzo śmieszne. - Marcin znów ułożył się
wygodnie, przyznając przyjacielowi całkowitą rację.
dodane 19.02.2007
|